Człowiek i jego słabości ... czy da się je pokonać...

Jak wiadomo, jestem wrakiem. Są takie chwile kiedy myślę aby się poddać. W poniedziałek coś we mnie pękło, spakowałem plecak i 17 czerwca 2013 roku narodziłem się na nowo. Nie wiem czy teraz nie będę musiał zmienić numeru Pesel, dowodu osobistego i wrócić do szkoły ;)




Jeśli chcecie wiedzieć co sie stało zapraszam do lektury


Od pewnego czasu wegetowałem i co jakiś czas przewijała się ta reklama w TV. Myślę sobie co oni tam gadają jaki cel, jakaś gadka na potrzeby reklamy aby ludzie to podchwycili mówiona po angielsku. Jako że mój TV ledwo zipi i robi bardziej za radio więc nic nie widziałem a słuchałem. Nie ma się co biedakowi dziwić skoro ma ponad 12 lat już i lekko nie miał. Wypalił się jak niektórzy politycy pewnie ;). W internecie wpadł mi ten sam klip którego słuchałem w TV, okazało się że to reklama RedBull-a


Mówi ona o wyznaczaniu sobie celu i żeby go pokonać, opowiada o naturze człowieka i że gdyby nie chęć odkrywania nadał chodzilibyśmy podpierając sie rękami i machając maczugami. Prawda jest taka, że w każdym z nas drzemie jakiś potencjał. Wegetując i czując jak uchodzi ze mnie życie przymierzałem się do wyjścia z domu co rusz mi coś przeszkadzało. A to chmura, na horyzoncie, a to kilka kropel deszczu, a to że za zimno i tak sobie usprawiedliwiałem sam przed sobą tchórzostwo. Zamykałem się w odmętach mojej psychiki i uciekałem od życia. Robiłem tylko to co musiałem, co miałem zlecone. Nie miałem motywacji do wyjścia z domu nie miałem motywacji do zdobywania klientów, do pisania do niczego. Żyłem bo musiałem i 17 czerwca 2013 roku coś we mnie pękło spakowany plecak od kilku dni zawołał do mnie, że to już czas. Zjadłem śniadanie i nie myśląc zbytnio wziąłem jeszcze aparat w dłoń i wyruszyłem. Była godzina około 11 jak wyszedłem z domu co się potem okazało, że była droga mojego życia. Ubrany lekko bo gorąco w buty nie do chodzenia po górach (tak wiem głupota totalna, ale buty górskie się rozpadły a na nowe mnie nie stać)  wsiadłem do busa i pojechałem. Okazało się dla mnie bo oczywiście co to dla mnie niebieski szlak ciut łagodniejszy od czarnego :) że będzie ok. No tak astmatyk, bez kondycji i ledwo wychodzący na pierwsze piętro własnego wiezienia, znaczy domu co to dla mnie. Postanowiłem że nie zawrócę. Poszedłem żar z nieba lał sie nie miłosierny było około 30 stopni na polu.

Wydałem 9 zł na busa myśląc że wybrałem lżejsze podejście, jakże to było złudne.

Tak o to malowniczo zaczęła się moje przygoda. Z werwą ruszyłem naprzód. 


Szybko się okazało że nie jest tak różowo jak mi sie wydawało na początku drogi, ale co ja nie dam rady. Pierwszy kryzys przyszedł bardzo szybko dopadła mnie alergia i brak kondycji. Spociłem się jak szczur, ale pragnienia nie czułem wyjąłem ręcznik wytarłem się zrobiłem zdjęcie i pomyślałem sobie idę dalej, kryzys był ale malutki

Spojrzałem w dół i zobaczyłem ludzi pracujących w pełnym słońcu przy sianokosach i jakoś zmotywowało mnie to oraz widok przebytej drogi. Jak się okazało to był niewielki odcinek drogi, ale dla tych widoków warto było iść dalej.


Popatrzyłem rozmarzyłem się zaciągnąłem się alergenami i paskudny organizm się zbuntował. O nie powiedziałem sobie zabijając tak zwaną końską muchę która ugryzła mnie w kostkę (bąbel mam do dziś) i ruszyłem dalej. Aparat zaczął mi ciążyć bo swoje jednak waży ze szkłem. przystanąłem przy kwiatku polnym . (tak głupi alergik kwiatki wącha ;) ) 


Zabrałem się wiec do zrobienia zdjęcia, i ruszyłem dalej. Tutaj pierwszy raz zacząłem zastanawiać się czy jednak nie stchórzyć i uciec ze szlaku do domu 


O nie po chwili zastanowienia zobaczenia, na zegarku ile czasu mi zajęło dotarcie do tego miejsca a ile powinno powiedziałem sobie w duchu nie ma takiego idę dalej. ( nie będę pisał jakimi słowami się motywowałem może później i mam nadzieje że mi wybaczycie) Tak więc dalej azymut na Trzy Korony obranego kierunku nie zmieniamy. Idziemy na przód, w depresji tkwiłem i nie mogłem się pozbierać, ale tutaj na szlaku jakoś, samego siebie łatwiej mnie było siebie przekonać zwalczyłem kryzys. Poszedłem dalej. Nogi   powoli odmawiały posłuszeństwa. 


Droga wydawała się sielankowa, nie stromo nie płasko tak w sam raz. Nic nie mogło stanąć na mojej drodze, nie zatrzymał mnie widok chmur burzowych, stromego podejścia początkowego, ataku alergii, astmy, oraz pogryzienia przez robactwo, jakby coś próbowało mi udowodnić, że mnie złamie, że odbierze mi szanse na podniesienie się z kolan. Co rusz jakaś dziwna siła stawiała mi wyzwania albo rzucała kłody pod nogi i to czasem dosłownie 


Jakby jakaś siła próbowała mnie zniechęcić, pokazywała swoja wyższość nade mną, a z drugiej strony inna która pokazywała mi wyjście, nagradzała mnie widokami 


Smagany przez swoją psychikę i odmęt depresji oraz czarnych myśli dostrzegłem mały szałasik na skraju łąki , było to zarazem nagrodą widok i karą alergia i zmasowany atak różnych krwiopijców. Wróćmy na szlak zobaczyłem szałasik 


Pomyślałem sobie wtedy, a może by tak zamieszkać tak jak ten szałas z dala od ludzi, życia i zamknąć się w sowim świecie autodestrukcji. Na moje szczęście było to przelotne uczucie. Ruszyłem dalej starając się zapomnieć o potwornym swędzeniu. Tak to prawda nie wolno drapać ukąszenia bo wtedy bardziej się zaognia stan swędzenia (Znów wujek dobra rada co sam se poradzić nie mógł :)). Idąc dalej były chwile kiedy było z górki no fajnie myślę sobie, ale jak idę w dół to za chwilę czas do góry. 


Jak widać znów pojawiły się przeszkody. Więc nie mam co poddawać się i idę dalej powoli i ale zdecydowanie. Choć upał zaczynał mi doskwierać i napocząłem wodę którą miałem w plecaku. Dobrze że wziąłem ze sobą ręcznik pomógł mi ponieważ zmoczony i tu będzie może nie smacznie od mojego potu ochłodził mi głowę, osłaniając mnie od otwartego słońca. 


Znów wyszedłem z lasu. W oddali zobaczyłem szczyt Trzech Koron dodało mi to skrzydeł i przybiło jednocześnie dlatego że było to tak blisko a tak daleko zarazem. Niemiłosierne słońce mnie dopadło na łące. Żar buchał od roślin, z nieba z ziemi czułem poczułem się jak jedna z moich ulubionych potraw kurczak z rożna. Dotarłem w mękach do cienia i nie dawałem się szedłem dalej. Pomimo, że jakiś głos mówił mi ciągle nie dasz rady złamię cię i nie dojedziesz do celu. Mimo, że nie miałem odpowiedniego obuwia a cienka podeszwa butów pozwalał mi odczuć każdy kamień po drodze nie poddawałem się, szedłem dalej. 



I w górę i w dół i tak co jakiś czas ale ciągle do przodu. Parłem mimo wszystko, wbrew instynktowi, wbrew temu czemuś co mnie chciało powstrzymać. Cała drogę szła ze mną jakaś mucha która mnie drażniła, nie szło się jej pozbyć. W pewnym momencie przestało mi to przeszkadzać, śpiew ptaków działał kojąco, gdzieś w oddali grasowały sobie ptaki, jakieś zwierzątka, czasem mnie strach zaglądał w oczy jak już wspomniałem byłem sam przeciw sobie i naturze. Na moim obliczu pojawił się kryzys, ale doszedłem do wniosku, że mam siły zbiorę się po raz kolejny i poszedłem dalej 


O tak to spojrzenie pokazało moja determinację dotarcia do celu. Przede mną dopiero prawdziwe wyzwanie czekało dotarłem do przełęczy 


Ławeczki mnie zaprosiły powiedziały spocznij odpocznij, usiadłem i odetchnąłem ulgą poznając starą dobrą przełęcz popularnie nazywana "Bogu Chwała" gdzie łączą się szlaki mój niebieski od strony Czorsztyna, żółty z Krościenka i żółty szlak od Sromowiec Niżnych 


Przełęcz Szopka i odpoczynek zregenerował mnie napoiłem się i ruszyłem jak się okazało przed najgorszym. 
Na przełęczy rozmawiałem z młoda parą zakochanych i namawiałem ich skoro przeszli już taki kawał (szli tym samym szlakiem) to szkoda nie wejść na szczyt. Powiedzieli że nie, nie tym razem, że sobie zostawią na następny dzień. Przypomnieli mi o drodze i górze zamkowej, więc sobie pomyślałem że skoro idę tak to zaliczę i górę Zamkową. Ruszyłem z werwą znów pod górę Te schodki nie zapowiadały prawdziwego dramatu jaki przeszedłem sam ze sobą. Nic nie wskazywało oprócz tego, że czułem głód i lekkie pragnienie zapasy wody kończyły się mi więc oszczędzałem każda kroplę.


Tuż po pokonaniu tych schodów mniej więcej, połowy dystansu do szczytu opadłem całkowicie z sił. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, stanąłem w miejscu. Nogi trzęsły się jak galareta, a stopy jakby ktoś zakopał i wylał beton. Nie byłem wstanie ruszyć z miejsca. Zacząłem się motywować, skoro mój dziadek mógł wejśc na górę i dął radę pomimo swych chorób, ciężkich, skoro moja babcia dała radę i do końca swych dni wspominała jak dotarła na górę, skoro mój wujek wytrzymał jak mu marudziłem mając 6 lat i był wielokrotnie na tym szczycie, skoro mój ojciec kochał to miejsce i był tu wielokrotnie to ja nie dam rady. Wszystkie wymienione osoby nie żyją, najszybciej odszedł mój wujek, a Ojciec, Dziadek odeszli w czasie 2 miesięcy od siebie to mnie przybiło, do tego sparaliżowało moja Babcię i opowiadała po wylewie jak bardzo tęskni za widokiem z Trzech Koron, przed śmiercią. Po mimo problemów moje małe dziecko wymaszerowało pod górę, osoby niepełnosprawne cieszą się, że mogą wejść i podziwiać widoki ze szczytu. To ja nie dam rady. Nagle ruszyłem małymi kroczkami, bardzo małymi. Tip, top, tip, top kroczek za kroczkiem do góry wciąż mówiąc sobie w duchu, że nie ma takiej siły która mnie powstrzyma prawie u kresu podróży na szczyt 


Droga dla mnie robiła się coraz większym wyzwaniem, postawiłem sobie cel nie poddam się nie padnę dojdę na szczyt. na wypłaszczeniu przed ostatnim podejście stromym na szczyt spojrzałem za siebie 


Zobaczyłem jaki kawał drogi przebyłem i że zwycięstwo jest na wyciągniecie ręki. Zebrałem resztki sił wycieńczony, odwodniony i głodny, zacząłem spalać tkankę tłuszczową ( z jednej strony dobrze, z drugiej było to zbyt niebezpieczne tyle lat magazynowała w sobie różne toksyny itp i zaczęła to uwalniać). Dotarłem do celu zmęczony ledwo żyjący ostatnie metry, ostatnie schody 


Ścieżka wskazała mi drogę na taras widokowy i na szczyt ruszyłem z werwą podpierając się już rekami bo nogi nie chciały mnie nieść. Skończyła mi się woda organizm coraz bardziej dawał znać o sobie. 



Widoki jakie zapowiadały to  co mnie czeka, dodawały mi skrzydeł. Organizm szedł na rezerwie paliwa, normalnie na oparach ale coś zaczęło mnie pchać do przodu 


Pojawiły się schody do nieba. Nabrałem dystansu do samego siebie uśmiechnąłem się sam do siebie co w depresji i myślach o końcu swojego żywota jest nie lada wyczynem. Doszedłem do wniosku, że w tym widoku jest coś wyjątkowego. Ruszyłem do góry, ku mojemu zwycięstwu nad sobą samym. 


Szedłem powoli obolały, ale szczęśliwy choć na granicy wyczerpania organizmu i omdlenia. kontemplowałem swe oczy widokami, które zapierały mi dech w piersiach. Przypomniała mi się wizyta ostatnia u pulmonologa, który zdiagnozował u mnie początki Przewlekłej Obturacyjnej Choroby Płuc, inaczej mówiąc kolejne gorsze stadium astmy. Mimo że mam dopiero 34 lata czułem się jak wrak, wyniki spirometrii pokazały w listopadzie że oddycham jedynie 41% objętości płuc. Zdołowało mnie to na maksa, dobra wiadomością było to że było to odwracalne za pomocą leków. Wziąłem się za siebie więcej spacerów ruchu i na kolejnym w marcu badaniu było już 62% czyli znaczna poprawa. Wtedy dojechała mnie depresja i walczyłem z grypą od grudnia, do tej pory jeszcze mam kaszel i całkiem nie dawno kolejny antybiotyk skończyłem. Wiem przynudzać zacząłem, ale chciałbym abyście wiedzieli drodzy czytelnicy jakim wysiłkiem psychicznym i fizycznym była ta wyprawa. Powoli dochodziłem do szczytu oglądając coraz bardziej piękne widoki 


Zachwycały mnie drobnostki w drodze na szczyt już naprawdę nie daleko do szczęścia, jeszcze kilka kroków 


Dotarłem na szczyt 


Ten uśmiech pot i łzy (no dobra nie było łez) ale ta radość dotarcia na szczyt, nawet to że pogoda nie sprzyjała robieniu zdjęć wykrzesałem z siebie energię i zrobiłem kilka zdjęć 






Widoki sami przyznacie zapierają dech w piersiach, szkoda, że przejrzystość powietrza była kiepska spowodowało to zasłonięcie tatr i zmniejszenie widoczności. Mam nadzieję że mi to wybaczycie, choć pomimo pogody i powietrza udało się zrobić kilka zdjęć, choć zapewniam Was drodzy czytelnicy nie oddają w pełni tego co widać z góry przy idealnych warunkach. 
Ale mimo zwycięstwa dalej byłem spragniony i odwodniony Para turystów podzieliła się ze mną wodą za co im serdecznie dziękuję i mam nadzieje, że polecona pizza smakowała. ruszyłem na dół. wbrew pozorom, taki drobny gest wśród ludzi kochających góry nie jest rzadkością szkoda, że jak wracamy do domów zapominamy o tym co nas łączy w górach i stajemy się wrogami samych siebie i otoczenia. Ta para uratowała mi życie i to mówię szczerze nawodniłem się, ale wracamy do powrotu. Wyjście na szczyt jest trudne ale także zejście wymaga sporego wysiłku człowieka. 


Skoro zdobyłem Trzy Korony 982 m n.p.m. postanowiłem zejść inną drogą niż planowałem. Namówiła mnie ta para z przełęczy na drogę przez górę Zamkową. no to czas w drogę bo się późno zaczęło robić 


Kosmici wylądowali i ruszyli w dół, nogi jak z galarety bez sił 120 kilowa bezwładna masa walczyła z samą sobą aby nie stoczyć się w dół po stromej krawędzi. 


Jak widać na zdjęciu droga robiła się coraz bardziej stroma skoro niebieski szlak jest ciut łagodniejszy niż czarny, to co innego się można było spodziewać wszak walka jak kontra depresja trwała w najlepsze. Spojrzałem w oczy swoim demonom i walczyłem ze sobą chodząc powoli i boleśnie (obuwie, pamiętajcie o obuwiu jak idziecie w góry) 


Pokonałem tą półkę skalna zszedłem powoli zajęło mi to prawie 20 minut a nie był to duży odcinek, według planu powinienem być już prawie na górze zamkowej a ja byłem dopiero gdzieś w 35% drogi na górę Zamkową. Potęga gór jest wielka, duch walki w człowieku także, jak widać dawałem z siebie wszystko aby przetrwać przede mną było kolejne wyzwanie. 


Zanim dojdziemy do wyzwania znalazłem kawałek powalonego pnia w którym jakby w dziupli natura wyrzeźbiła pysk jakby żaby czy coś podobnego, tak to jest jeden z tych momentów, które zachwyciły mnie i urzekły po drodze w dół do domu. Wróćmy do kolejnego kuszenia 


Znów pojawiła się myśl idź na skróty poddaj się będzie ci łatwiej, ale do domu daleko a ja bez sił, mimo to nie poddałem się, nie poszedłem na skróty. Nie po to walczę ze sobą aby uciec na skróty i poddać się, przeszedłem tyle więc i to przejdę. Dam radę walnąłem sobie chyba już 20 gadkę motywacyjna. Jako organizator imprez firmowych i team buildingu wiedziałem, że grupa ma wspierać najsłabszego pomóc mu pokonać siebie i poprzez to zintegrować się dla większej wydajności i takie tam bla bla bla. Zmotywowałem się jako najsłabsze ogniwo łańcucha do walki 


Jakoś zrobiło się lżej jak widać na zdjęciu jakby góra się wyprostowała i poddała się mi, ale nic bardziej mylnego po krótkim płaskim i nie stromym odcinku znów mnie zaatakowała. 


Można powiedzieć z czołgałem się z tej skarpy skalnej, w normalnej mojej kondycji i lepszym stanie organizmu nie było by to dla mnie żadnym wyzwaniem, ale nie teraz teraz były to himalaje, moje wszystkie ośmiotysięczniki naraz. 


Zszedłem podpierając się barierkami i dotarłem do drewnianego pomostu 


A za nim niedaleko czekała na mnie Góra Zamkowa gdzie są pozostałości ruin zamku Pienińskiego 


Poszedłem po schodkach na górę gdzie jest pamiątkowa kapliczka św. Kingi patronki Krościenka nad Dunajcem 



Niestety nie wyszły mi zdjęcia ruin więc innym razem zrobię. Na tarasie są ławeczki na których straciłem przytomność z wycieńczenia na około minute zemdlałem, przeraziłem się że nie dam rady. Jak zawsze w takim przypadku nadeszła pomoc. W górach ludzie niosą pomoc bezinteresownie, znów ktoś podzielił się woda ze mną. Była to para ludzi ze Szczecina porozmawialiśmy sobie chwilę, o górach o pasji jakim są góry i rozstaliśmy się. Poratowali mnie półlitrową wodą. Dala mi ona energie do dalszej drogi. Swoja droga jest to kolejny przykład, jak ludzie którzy się nie znają potrafią pomóc na tyle na ile mogą. Wiem że idąc w góry zawsze mam pewność, że w razie potrzeby otrzymam pomoc. Na dole na zwykłej ulicy nie jestem pewien czy ktoś zainteresowałby się czy coś mi jest. Kolejnym zwyczajem jest prosta i bezinteresowna uprzejmości. Co chwilę jak się mija ludzi na szlaku słychać "Dzień Dobry" to jest niesamowite. Po chwili odpoczynku i regeneracji ruszyłem dalej w dół ku domu. 


Spójrzcie w dół tego zdjęcia niesamowity widok, a człowiek ledwo żywy musi zejść na dół, nogi jak z galarety. Wata i żelatyna zamiast człowieka. Dałem radę dotarłem na dół po tych drewnianych schodach. 


Widok jaki zastałem napawał mnie refleksją, nad potęga natury i żywiołów jakie nią rządzą. Wobec tego co się dzieje w naturze i na ziemi jesteśmy marnym puchem, pchłą. Tak naprawdę człowiek może wyginąć, są takie teorie, a ziemia się odrodzi wraz z życiem na nowo. Takie refleksje mnie już po czasie dopadły, ale widok potęgi żywiołów wywołało mnie piorunujący efekt.


Połamane jak zapałki drzewa widać na każdym kroku, słuchałem jak trzeszczą pod naporem wiatru drzewa, oraz odgłos naczelnego lekarza drzew dzięcioła który w pocie czoła pracował z pacjentami. Brakło mi sił aby zlokalizować go i zrobić mu pamiątkowe zdjęcie. 


W końcu dotarłem do głównego szlaku z Krościenka na Trzy Korony, był on w porównaniu do tego co przeszedłem do tej pory jak autostrada 


Dotarłem do miejsca zwanego Pieniński Potok , dzięki niemu mam dziś chrypkę, a może przez to że spocone plecy mi przewiało, nie wiem nie będę się nad tym rozwodził bo przeżyje to, a akumulatory prawie eksplodowały we mnie jak te w Dreamlinerach od pozytywnej energii. 

Woda mnie orzeźwiła dała kopa dotarłem do ostatniej już męczącej drogi zejścia 


Zawsze lubiłem ten widok wracając z Trzech Koron, panorama Krościenka nad Dunajcem. Pozostało mi 20 minut drogi do cywilizacji. Schodząc cierpiałem okrutnie nogi stopy mnie strasznie bolały palce mi opuchły a siły opadły. Doszedłem do pierwszych zabudowań gdzie nie było już ostrych kamieni i skał, normalna beton. Okazał się on dla moich biednych stóp jak perski dywan choć nadal było jeszcze strome zejście ale byłem już prawie na miejscu. Wiedząc i czując moje wyczerpanie miałem obawę, że nie dotrę do domu, wpadłem do sklepu. Kupiłem puszkę Red Bulla, baton oraz słodki napój niegazowany. Doskonale wiedziałem, że Red Bull postawi mnie do pionu, napój i baton pomogą mu w dodaniu energii. Hasło reklamowe #dodaciskrzydeł nie jest rzucone na wiatr, najnowsza reklama z serii Give Wings, gdzie narratorem jest Felix Baumgartner, mówiąc, że każdy z nas może wyznaczyć sobie granicę, ale ona jest do pokonania i stawia poprzeczkę coraz wyżej. Tak naprawdę jest to genialna reklama, która pokazuje, że pasja, oraz odpowiednia motywacja, pozwalają człowiekowi na dotarcie do granic możliwości, a ciekawość co jest dalej motywuje do pokonywania wszelkich granic. Ja pokonałem siebie, poznałem swoje słabości, nie poddałem się mimo kryzysów. Dałem rade podnieść się z kolan i ruszyć. W tym wszystkim pomogło mi wiele osób. Moja ukochana Maja, pomimo dzielącej nas odległości robiła co mogła i robi to na dal kosztem swojego zdrowia, z miłości pomaga mi. Jej oraz mojej ukochanej córeczce należą się największe brawa i uznanie. Bo pomimo mojej depresji walczą o mnie ze mną samym. Specjalne podziękowania należą sie także moim znajomym z klubu OCP - Octavia Club Polska. Pomogli mi przetrwać najgorsze. Dzięki nim i ich wsparciu przeżyłem. Dotarłem do tego celu. Tak wiem jak w filmie pojawiła sie lista płac ;) ale grono ludzi którym zawdzięczam to że sie odrodziłem dzięki temu co przeżyłem 17 czerwca 2013 roku. Wracamy do podziękowań. 
Specjalnie podziękowania należą się ludziom których, poznałem na Twitterze 

@Brylant1 - Michał dziękuje za wsparcie i czasem cierpkie słowo 
@PByra - Pawełku tobie także dziękuję i czekam na obiecanego kopa 
@Szamotikon - Tomku dzięki za rozmowy i za wszystko 
@AGozdyra - Tak tak to ta sama Agnieszka Gozdyra dziennikarka Polsat News, która ma wspólna pasję ze mną koty. Nie jednokrotnie wspierała mnie dobrym słowem 
@LigiaKrajewska - Polityk o wielkim sercu dziękuję Pani Ligio bardzo 
@TomaszSkory - tak samo jak powyżej, dziękuje za wszystko 
@PawelGras - Panie Pawle panu także dziękuje i jak tylko będę w Warszawie mam nadzieje obiecane spotkanie 
@MacSond - Macieju dzięki za ciągłe wymiany poglądów i ciekawe dyskusje 
@Edzioo - Bo jest i pomaga 

Jest wiele osób którym chciałbym podziękować w tym również Was czytelników mojego serwisu kulinarnego DJ Gotuje.pl oraz Was czytelników tego bloga wy także i dla Was piszę to wszystko. Dziękuję wam i zapraszam na kolejne notki. Pamiętajcie w każdym z was czy jesteście zdrowi bez depresji czy w depresji drzemie moc. Każdy z Was może jej użyć w dobrej sprawie. Bądźcie uprzejmi dla siebie na wzajem bo to nic nie kosztuje. Moja droga się jeszcze nie skończyła, wiem, że czeka mnie walka dalsza. Wzloty i upadki, ale pokonałem samego siebie swoją słabość. Nie powiem pokazałem także wielką głupotę i nie przewidziałem co się może wydarzyć. Nie jestem ideałem i nigdy nim nie będę. Każdy popełnia błędy ale najważniejsze jest to aby umieć wyciągać wnioski. Jako, że ten blog zajmuje sie głównie reklamami i marketingiem, to widać po moim wyczynie można jednak wygrać ze sobą. Wygrać życie 


Znajdziecie mnie na FB, TT Google + linki macie po prawej stronie. Kliknijcie obserwujcie czytajcie 
Naprawdę dziękuje Wam że dotarliście do tych ostatnich literek. 
Pozdrawiam 
Mr, Czepiak znany także jako DJ Czas, DJ Gotuje. 

P.S. Jestem pozytywnie nastawiony urodziłem sie na nowo.